Skarbczyk pamięci. Z pogranicza Orońska - Inicjał

Idź do spisu treści

Menu główne:

Skarbczyk pamięci. Z pogranicza Orońska

Oferta > Różne, poszczególne ksiązki
 

Z POGRANICZA OROŃSKA.
MICHAŁ MOSIOŁEK, APOLONIUSZ KĘDZIERSKI, EJSMONDOWIE, KS. JAN WIŚNIEWSKI

autor: Tomasz Palacz
wydawca: Inicjał
ISBN 978-83-926205-6-3
156 x 240, str 296, oprawa twarda, ilustracje

Z pogranicza Orońska
jest książką podejmującą tematykę wpisującą się w obszar dorobku kultury narodowej, zaświadczającą o jej randze, poziomie i znaczeniu z punktu widzenia regionu.
Przypomina lub wydobywa z zapomnienia, a niekiedy odkrywa postacie, fakty, wydarzenia z przeszłości ważne dla naszej świadomości kulturalnej, istotne dla intelektualnego i artystycznego obrazu kultury polskiej XIX i XX w.

Książka ukazuje się jako drugi tom cyklu ,,Skarbczyk pamięci'' i jest kontynuacją opublikowanych już Poetów okolic Orońska'
, rozwijającą wątek kulturalnej roli i oddziaływania Orońska na okolicę, także inspirowania i wspierania twórców, ich edukacji i działalności, a ponadto promowania dzieła gromadzenia zabytków. Książka przedstawia obraz intelektualnej i artystycznej energii regionu, której wyrazem są utalentowani i działający twórczo ludzie:

1. Michał Mosiołek (1867-1898), samorodny działacz ludowy, publicysta i chłopski pisarz z sąsiadującej z Orońskiem wsi Wysoka.

2. Apoloniusz Kędzierski (1861-1939), wybitny malarz polski, akwarelista, ukształtowany duchowo i artystycznie w pracowni malarskiej J. Brandta i atmosferze Orońska.

3. Twórcy z rodziny Ejsmondów: Franciszek (1859-1931), malarz; Julian (1892-1930), poeta i nowelista myśliwski; Stanisław (1894-1939), malarz – wyrośli z okolicznej gleby Orońska, ściślej: dziedzictwa sąsiedzkiej wsi - Krogulczy Mokrej i tradycji kulturalnej tego miejsca.

4. Wreszcie ks. Jan Wiśniewski (1876-1944), historyk, wybitny kolekcjoner pamiątek narodowych i regionaliów, twórca zbiorów i muzeum w Radomiu.

Książkę wzbogacają portrety i ilustracje z epoki oraz liczne fotografie dzieł sztuki.


SPIS TREŚCI

Wstęp

Michał Mosiołek

Apoloniusz Kędzierski

Ejsmondowie
Franciszek,
Julian,
Stanisław
ks. Jan Wiśniewski

Spis ilustracji

Spis skrótów

Indeks osób


................................................................................................

FRAGMENT KSIĄŻKI


O
d Autora
Z pogranicza Orońska, druga pozycja mojego ,,Skarbczyka Pamięci'', przybliża znaczące postaci, może skromnie zaznaczone w dziejach kulturalnych Orońska, ale ważne w dorobku regionu, i nie tylko. Wszystkie przypomniane sylwetki: Michał Mosiołek (1867-1898), Apoloniusz Kędzierski (1861-1939), ród Ejsmondów: Franciszek (1859-1931), Julian (1892-1930) i Stanisław (1894-1939) oraz ks. Jan Wiśniewski (1876 -1944) wyrosły z jego gleby, a same stanowią jądro kultury i sztuki regionu.

Michał Mosiołek z Wysokiej to wybitna osobowość chłopska, samorodny talent pisarski, budziciel świadomości obywatelskiej ludu, jego rzecznik, a sam skromny i szlachetny wyrobnik na ubogiej, piaszczystej i kamienistej wysoczańskiej ziemi.
Przed wielu laty doświadczyłem z nim, całkiem zapomnianą postacią, osobliwą przygodę. Czytając Przygody jej królewskiej mości, książki Ludwika Gocla, natknąłem się na wzmiankę o Mosiołku jako chłopskim bibliofilu i samorodnym introligatorze. Zainspirowany, rozpocząłem poszukiwania. Zebrałem nieco fotografii, materiałów literackich i obiektów kultury ludowej i z tego wszystkiego urządziłem w zamku szydłowieckim skromną, poświęconą Mosiołkowi, wystawę (1970). Była to skromna ekspozycja, ale, jak się okazało, udane i potrzebne przedsięwzięcie. Jak na tamte lata wystawa spotkała się z dużym zainteresowaniem i miała wcale dobrą frekwencję. Ale najważniejsze było przebudzenie mieszkańców Wysokiej. Zaproszony do rodzinnej wsi Mosiołka, w którąś niedzielę spotkałem się tam z tłumem słuchaczy, nie wiem, ale może z wszystkimi mieszkańcami gromadzkiej miejscowości. Stojąc przy otwartym oknie dużej izby, mówiłem do zbitej gromady słuchaczy zarówno w tej sali, jak i do tłumu pod oknem. Żyli jeszcze wówczas synowie Mosiołka, ale pamięć o nim samym, przez nikogo nie podtrzymywana, zanikła. Także na tamtejszym cmentarzu nie znalazłem już grobu korespondenta prasy ludowej. Wszystko tu, w trosce o codzienność, nie stało się nawet wspomnieniem.
Obecny tekst o Mosiołku jest najobszerniejszym z kilku wcześniejszych opracowań, gdyż cytuję często jego celną i ciekawą, nad wyraz dojrzałą publicystykę, by oswoić czytelnika z tą nieprzeciętną osobowością, która pojawiła się w czasach nie służących chłopskiej społecznej i umysłowej emancypacji.

Apoloniusza Kędzierskiego i Józefa Ejsmonda, dobrze zapowiadających się młodych artystów, związał z Orońskiem Józef Brandt. Ten wybitny i głośny artysta, przez żonę, Helenę z Wojciechowskich, wdowę po przyjacielu Aleksandrze Pruszaku, osiadły od 1877  r. w jej majątku, był przykładem sukcesu artystycznego i życiowego powodzenia, a dla młodych i utalentowanych kandydatów na artystów – niedościgłym wzorem. Promującym wyróżnieniem była więc możliwość praktykowania pod jego okiem, rysowania i malowania w pobliżu mistrza i korzystania z jego życzliwych uwag, rozległej wiedzy i doświadczenia.
Ale Brandt nie prowadził oficjalnej szkoły ani w Orońsku, ani w Monachium. Sezon letni w kraju poświęcał rodzinie, zarządzaniu majątkiem, odpoczynkowi i przyjaciołom. Była tam i praca artystyczna, ale bardziej nastawiona na zbieranie materiałów, gromadzenie studiów, robienie projektów, szkicowanie obiektów, ludzi, zwierząt i scen rodzajowych na folwarku, czy w okolicy; o malowaniu skończonych kompozycji słyszało się tu rzadko, a i to w latach późniejszych. Zdradzającego wybitny talent Kędzierskiego skierował do Brandta w Orońsku wuj malarza – Stanisław Lessel, opiekun licznej, wówczas osieroconej rodziny Kędzierskich. Formalnie „Apelles”, tak nazwany przez Brandta Apoloniusz, został korepetytorem pasierbów Brandta – Władysława i Marii Pruszaków, ale większość czasu poświęcał rysunkowi i sztuce malarskiej.
Ale do orońskiej pracowni Brandta, ściślej – do kręgu wokół malarza trafiali w różnym czasie także inni młodzi adepci sztuki. Poza Kędzierskim doskonalili tu swoje malarskie umiejętności: Marian Zarembski, Gabriela Jasieńska, Stefan Kania, Artur Potocki, nawet Jacek Malczewski. Do Brandta w Orońsku trafił także z Krogulczy Mokrej, folwarku ojca Piotra, Józef Ejsmond (1862- -1937), późniejszy przyrodnik-zoolog. Po latach Kędzierski wspominał o tym w Luźnych kartkach o Józefie Brandcie: „Zadziwił Brandta ten młodzieniec w mundurku studenta i teką, pełną rysunków, ilustrujących ‘Pana Tadeusza’, scen doskonale pomyślanych, dających miarę lotnej wyobraźni i wybornej pamięci. Brandt od razu zaprosił pana Józefa do stałego odwiedzania Orońska, przeznaczając dla nas oddzielną pracownię, niegdyś dla studiów pleneru zbudowaną. Jak w ulu rojno i gwarno tu bywało, a modeli dość, z całej wsi”. Zadzierzgnięta tu przyjaźń pomiędzy młodymi artystami, zbliżenie do mistrza, życzliwa opieka ze strony pani domu  Heleny Brandtowej, stworzyły więź, która przetrwała lata. Ten świat twórczej pracy i poszukiwań sami jego młodzi uczestnicy nazwali Wolną Akademią Orońską.

Żywe związki z Brandtem nawiązał także, ale już na gruncie monachijskim, kuzyn Józefa – Franciszek Ejsmond (1859 -1931), syn Aleksandra, urodzony w Krogulczy Mokrej, wsi przylegającej do dóbr orońskich. Być może poznał on Brandta jeszcze we wczesnej młodości, w latach gospodarowania ojca na folwarku w Krogulczy Mokrej, ale brak danych, by uznać, że miało to wpływ na przyszłą karierę artystyczną Franciszka Ejsmonda. Natomiast w Monachium rzeczywiście znalazł się w kręgu Brandta i jego oddziaływania. Kontakty te podtrzymały i przyjazne stosunki pogłębiły później rodziny artystów. Zachowana korespondencja przechowuje dowody wzajemnej życzliwości, ciepła i przyjaźni, nawet poza granice życia i śmierci głównych bohaterów.

Ród Ejsmondów, nie z dziada pradziada, ale dopiero w drugiej połowie XIX  w. zakotwiczył się w Krogulczy Mokrej. Na osobnych folwarkach gospodarowali tu dwaj bracia – Piotr i Aleksander, synowie Kazimierza Ejsmonda. Niezbyt im się tu jednak powodziło, ale szczęśliwie wychowali utalentowanych synów, którzy zapewne pod wpływem Orońska i jego atmosfery artystycznej rozwinęli swoje talenty malarskie. Później i wnukowie, choć już na gruncie warszawskim, kontynuowali i rozwijali działalność twórczą ojców.

Skromne, ale zawsze jakieś, związki ze światem Orońska przedstawia artykuł o księdzu Janie Wiśniewskim. Jest to oczywiste, bo tekst ten dotyczy zupełnie innego zagadnienia, Nie pretenduje on do próby biografii, choć z konieczności jest jej zarysem, nie jest nawet tekstem o kolekcjonerskiej pasji życia księdza-historyka. I ten temat prosi się o wyczerpujące opracowanie. Próbuję natomiast prześledzić rolę ks. Wiśniewskiego w budowaniu zbiorów muzeum radomskiego i powstaniu jego samego.
W Radomiu ks. Wiśniewski zgromadził dużą kolekcję pamiątek historycznych, rękopisów, dzieł sztuki, rzemiosła, numizmatów, a także obiektów archeologicznych, etnograficznych i przyrodniczych. Przez wszystkie lata pracy w tym mieście (1903 -1913), także później z Borkowic, łącznie z testamentowym zapisem, zasilał także ze swego zasobu zbiory kościelnych instytucji diecezjalnych w Sandomierzu: biblioteki seminaryjnej, muzeum diecezjalnego, a także archiwum kapituły i zbiorów katedry. I tam można odkrywać najcenniejsze składniki jego kolekcji. Natomiast w Radomiu znalazła się ta część zbioru, która tematycznie ściślej wiązała się z regionem i nie mieściła się w kryteriach zbiorów instytucji kościelnych. Mimo to dla Radomia pozostało w 1913  r. dużo obiektów i pamiątek, nawet za dużo, jak na środowisko i miasto bez instytucji gotowej dar przyjąć, opiekować się nim i racjonalnie go wykorzystywać. Ksiądz Wiśniewski przekazał swą kolekcję grupie inteligencji radomskiej, skupionej w Polskim Towarzystwie Krajoznawczym, z nadzieją, że ci działacze doprowadzą do powstania muzeum regionalnego. Miał przy tym sporo wątpliwości, jak się później okazało uzasadnionych, ale taka decyzja była podyktowana koniecznością. Nie mógł i nie miał powodu, by wszystko, co wiązało się z Radomiem i okolicą, nawet jeśli pochodziło z jego prywatnego muzeum, ciągnąć za sobą do nowej, wówczas bardzo skromnej i ciasnej siedziby w Borkowicach, gdzie w 1913  r. obejmował probostwo.
Zbiory zinwentaryzowane i spakowane w skrzyniach, przechowywane u odpowiedzialnych ludzi, czekały na urządzenie muzeum. Ale wojna ze swymi skutkami oddaliła zamierzenie. Zbiory, przechowywane nie zawsze w odpowiednich i bezpiecznych miejscach, uległy częściowo zniszczeniu lub uszkodzeniu, a w części prawdopodobnie rozgrabieniu. Uporządkowane i wzbogacone także przez ks. Wiśniewskiego w latach międzywojennych stały się ofiarą kolejnych zniszczeń i grabieży hitlerowskiej w czasie kolejnej wojny światowej. Po wojnie okaleczony i zubożony zbiór dał początek muzeum państwowemu.
Na tym miejscu próbuję odpowiedzieć, co z daru ks. Wiśniewskiego zachowało się w obecnym Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu i jaki jest bilans strat. Odpowiedź z braku wielu podstawowych dokumentów jest niepełna, miejscami brak jej precyzji. Przyjdzie jeszcze komuś nad tym popracować.

 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego